Elijah x Geraldine
 :: Polis :: Rozgrywki graczy :: Archiwum rozgrywek

Elijah Hayes

Obecność : Obecny
Częstotliwość odpisów : 2-5 postów w tygodniu
Liczba postów : 52
Postów fabularnych : 41
Join date : 20/02/2018
avatar
Śnieżynka
Zobacz profil autora
Czw Mar 01, 2018 11:24 pm
#1

  Wepchnął sobie do ust papierosa, który zachwiał się na dolnej wardze z niezadowoleniem. Ścisnął go mocniej w prawym z kącików i szukając zapalniczki, wypuścił przekleństwo lewym. Miasto, które przyszło mu pilnować, nie spało wczoraj dobrze. Nie zmrużyło oka, wdając się w plątaninę niebezpiecznych wydarzeń. Przeżuło go i wypluło. Kiedy wrócił do mieszkania, w którym nadal czuł się nieswojo, słońce ocierało się delikatnie o ściągnięte na trzy czwarte długości rolety. Podszedł do okna, rozchylił je z lekko i po chwili zadumy przeklął jak przed momentem, jedynie ciszej.
  Miasto wywołało go z ciemnej jaskini kilka godzin później. Spoglądając w górę, na przyciemnione niebo pociągnął nosem. Pożegnał wzrokiem bezbarwną taksówkę i ruszył przed siebie. Nie wyglądał ani dobrze, ani źle. Papieros zakołysał się raz jeszcze a zapalniczka zasyczała niemrawo, wypuszczając z siebie zaledwie kilka iskier. I byłby gotów rzucić nią w murowaną ścianę kamienicy naprzeciwko, wypluć papierosa na później i pójść po prostu w swoją stronę, ale nie zrobił tego. Przez głupi, człowieczy odruch, w reakcji na skomlenie.
  W miejscu gdzie ulica skręcała w zaułek, gdzie śmieciarz co dnia wyrzucał pełne worki, pod lichą deską leżał pies. Elijah przekrzywił głowę z zaciekawieniem, kiedy zauważył, że kundel wyczołguje się ze swojego barłogu i kulejąc na jedną nogę próbuje podejść. Hayes obejrzał się za siebie i niewiele myśląc, przykucnął.
Co jest, kolego? – zapytał nie oczekując odpowiedzi. Podrapał się po brodzie łypiąc wzrokiem na burka. Wyciągnął dłoń do obwąchania i w czasie kiedy bezdomny zajmował się rejestrem zapachów, Hayes obejrzał co z nim nie tak. – Nie za bardzo znam się na psiej medycynie. – przyznał pozwalając sobie na pierwsze, nieporadne pogłaskanie burka po łbie. Wszystko co robił było powolne, wyważone, przemyślane. Prawdopodobnie nie powinien brać go na ręce, ale wziął. I zaniósł go do pierwszego lepszego sklepu, skąd mógłby wytrzasnąć spirytus. Co bardziej wścibski przechodzień lub klient sklepu mógł zauważyć, że pies był ranny w łapę, a sierść na niej pokryła się nierównomiernie rozmytym, zaschniętym szkarłatem.


Geraldine McDonald

Obecność : Obecny
Częstotliwość odpisów : 2-5 postów w tygodniu
Liczba postów : 80
Postów fabularnych : 58
Join date : 14/02/2018
avatar
Śnieżynka
Zobacz profil autora http://atlas.forumpolish.com/f34-geraldine-mcdonald
Czw Mar 01, 2018 11:55 pm
// początek

Geraldine jak zawsze wcześnie się obudziła. Miała sporo obowiązków, jednak uśmiech pojawiał się na jej twarzy od momentu przywitania dnia. Nigdy nie zdarzyło jej się marudzić, że musi wstawać, że nie taka godzina, że ma zbyt wiele na głowie. Cieszyła się każdą chwilą, tak już miała. Nikt tak naprawdę nie wiedział skąd brało się to optymistyczne nastawienie Geraldine. Kiedy była mała najwyraźniej spędzała zbyt wiele czasu szukając jednorożców. Wyglądało na to, że jakiegoś udało jej się najprawdopodobniej nawet znaleźć.
Jak zawsze tak wczesną porą zaparzyła sobie kawę. Uwielbiała kiedy w domu unosił się jej zapach. Potrzebowała tego życiodajnego płynu. Zerknęła w jeden ze swoich notatników, aby dowiedzieć się, gdzie powinna dzisiaj zmierzać. Miała pewne problemy z pamięcią, być może była ona bardzo dobra, jednak krótka. Geraldine często zapominała o spotkaniach z przyjaciółmi, ale nie tylko z nimi. Żeby więc wychodzić na zorganizowaną i słowną notowała wszystko. Dzisiaj czekał ją dzień spędzony na doglądaniu rodzinnych hodowli. Nie było więc najgorzej. Będzie mogła zobaczyć, co słychać u jej pracowników. Uwielbiała dni takie jak ten, bo mijały jej bardzo szybko i przyjemnie.
Kiedy już udało jej się wyłonić ze swojego mieszkania dosiadła rower. Jakież musiało być to niewygodne w tych sukienkach. Nie mogła zrozumieć dlaczego kobiety same utrudniają sobie życie. Czas najwyższy nieco odmienić swój los, takie spodnie chociażby niby pierdoła, a jak ułatwiają życie. Rower był to jej ulubiony środek transportu, oszczędzała dzięki niemu wiele czasu, a przy okazji dbała o swoją kondycję, która nie należała do specjalnie dobrych, chyba dzięki temu rowerowi miała jakąkolwiek. Przemierzała sobie Polis, jadąc w kierunku wieżowców, tam bowiem znajdowały się rodzinne plantacje. No i wtedy dostrzegła mężczyznę, który niósł psa na rękach. Tak się w niego zapatrzyła, że dziwne, że nie wjechała w coś albo w kogoś przed sobą, nie należała bowiem do osób, które miały ogromną podzielność uwagi. Także brawo Ger. Przyspieszyła, żeby zobaczyć dokąd zmierza. Rzuciła rower przed sklepem i weszła do środka tuż za nimi. - Przepraszam, czy potrzebujecie pomocy? – Spojrzała na mężczyznę z psem. Żadnego dzień dobry, nic takiego, przecież nie po to tutaj przyszła. - Widziałam, że niósł pan psa, mogę wam pomóc. – To była właśnie cała ona. Nigdy nie zastanawiała się nawet moment nad pomocą zwierzęciu, czy drugiej osobie.

Elijah Hayes

Obecność : Obecny
Częstotliwość odpisów : 2-5 postów w tygodniu
Liczba postów : 52
Postów fabularnych : 41
Join date : 20/02/2018
avatar
Śnieżynka
Zobacz profil autora
Nie Mar 04, 2018 12:13 am
  Sprzedawca obdarzył ich wymownym spojrzeniem. Zarówno pies, z nosem wetkniętym gdzieś za poły elijahowego płaszcza, jak i sam Hayes nie zwrócili na niego uwagi. Ten drugi rzucił okiem na sklepową ladę i półki za plecami obsługującego. Nie zauważając tam niczego, co mogłoby go w tamtej chwili zainteresować, przeszedł wgłąb.
  Burek był nadzwyczaj grzeczny. Raz tylko miauknął jak inny czteronogi zwierz, ale niezbyt przytomny zajął się mamlaniem końcówki rękawa swojego nowego kumpla. Poruszył łbem dopiero kiedy stanęli w okolicy zapachowych świeczek, nie zaprzestał jednak maltretowania płaszcza. Ludzie mijali ich z niejakim zdziwieniem. Nie co dzień bowiem przychodzi się do sklepu wielobranżowego, czy może – galanteryjnego – z zakrwawionym psem na rękach. Pies rozszerzył nozdrza po raz kolejny kiedy mijali wyperfumowaną raszplę. Zaniechał memłania i schował nos w rękaw Hayesa, a kiedy ten spojrzał na niego pytająco, bezdomny zazezował na niego i westchnął ze zmęczeniem. Mogłem go zostawić? Nikt inny by go nawet nie dostrzegł, było to wszystko kwestią jakiegoś dziwnego przypadku.
  Kiedy wracali, ekspedient wykrzywił brwi w pierwszym stadium dezaprobaty. Zdawszy sobie sprawę, że jest obserwowany, opuścił wzrok i natychmiast powrócił do czyszczenia gabloty. Drzwi do sklepu brzdęknęły, ekspedient z uśmiechem na twarzy pozdrowił blondynkę i zaczął zachęcać do kupna mydełek zapachowych w kształcie serduszek. Policjant z psem i paczką bandaży w ręce wracał ku sklepowej ladzie. Początkowo nie zwrócił uwagi na Geraldine, lecz na wspomnianych mydełkach. Dopiero później, z niejaką rezerwą – fakt faktem, zaskoczyła go – spojrzał dziewczynie w oczy.
Chodzi o... – wskazał jednym palcem "wolnej ręki" na trzymanego pod pachą psa. Było mu nieco niewygodnie, bo oprócz niego miał ze sobą również te bandaże. – Taa. Znalazłem go przed chwilą. – To już wie, pomyślał, skoro widziała zajście. – Chyba zrobił sobie coś w łapę. – powiedział zmęczonym głosem osoby, która kompletnie nie zna się na sprawie. Kładąc bandaż na ladzie wystawił psa dwoma rękami przed siebie. I aby dodać nieznajomej otuchy do przejęcia pacjenta, podniósł go i opuścił na kilka centymetrów.
Spirytus. – spojrzał na sprzedawcę, kiwnąwszy na niego głową ze zdezorientowanym psem na wyciągniętych rękach.


Geraldine McDonald

Obecność : Obecny
Częstotliwość odpisów : 2-5 postów w tygodniu
Liczba postów : 80
Postów fabularnych : 58
Join date : 14/02/2018
avatar
Śnieżynka
Zobacz profil autora http://atlas.forumpolish.com/f34-geraldine-mcdonald
Nie Mar 04, 2018 11:12 am
Geraldine tak się spieszyła, że poślizgnęła się na wypolerowanej podłodze. Na całe szczęście nie zaliczyła spotkania pierwszego stopnia z podłogą. Wyglądała jakby nie do końca panowała nad swoimi kończynami. Faktycznie była bardzo niezdarna, aż dziwne, że się jeszcze przypadkiem nie zabiła. Szukała wzrokiem mężczyzny, zapamiętała tylko tyle, że był bardzo wysoki, a nawet wydawał się jej być raczej olbrzymi. Nie chciała by się na niego natknąć w środku nocy. Zapewne padłaby na zawał. W sumie dlatego Geraldine raczej unikała dziwnych miejsc, bo bała się swojego własnego cienia, chociaż udawała bardzo odważną i nieustraszoną.
Kiedy już udało jej się zlokalizować mężczyznę ruszyła pewnym krokiem w jego kierunku. Szukała wzrokiem tego biednego stworzenia, które potrzebowało pomocy. Nie naszukała się specjalnie, bo mężczyzna przekazał jej pacjenta. Geraldine pewnie złapała stworzenie, postanowiła rozgościć się na ladzie. Przeniosła psa, po czym gdy już tam leżał pogłaskała go za uszkiem.
- Nie martw się kolego, wszystko będzie dobrze, miałeś dzisiaj dużo szczęścia. – Pacjent wydawał się być wyjątkowo grzeczny i spokojny, co bardzo ułatwiało sprawę. Nie sprawiał jej najmniejszych problemów podczas oględzin. Podniosła wzrok i spojrzała na mężczyznę.
- Faktycznie, najwyraźniej tylko ta łapka ucierpiała. – Nie znalazła nic więcej. Także, nie było najgorzej.
- Poproszę spirytus. – Bez patrzenia wyciągnęła rękę i czekała aż ktoś jej poda, sama zaś oglądała ranę zwierzaka, żeby upewnić się, czy potrzebuje szycia. Niestety jej zdaniem nie obejdzie się bez tego.
- Przydałaby mi się igła i nici, najlepiej gdyby wypalić igłę nad ogniem, może więc również jakaś zapalniczka? – Postanowiła przeprowadzić ten szybki zabieg na ladzie w tym sklepie. Zajmie to chwilę i pies będzie miał święty spokój. Zupełnie ignorowała ludzi, którzy kręcili się po sklepie, chociaż powoli zaczynało się zbierać wokół nich zbiegowisko. Zależało jej tylko i wyłącznie na dobrze zwierzęcia, a im szybciej zszyje mu kończynę, tym lepiej dla niego.
-Skoro znalazłeś go przed chwilą, nie zabierzesz go pewnie do siebie, ech, może uda mi się znaleźć mu nowy dom. – Odparła do mężczyzny, który to przyniósł tego psa. Znowu będzie musiała się nagimnastykować, żeby zapewnić zwierzęciu godziwy dom, w ostateczności przygarnie go do siebie, nie miała serca zostawiać zwierząt.
- Miłe z Twojej strony, że zareagowałeś, wiesz, że mało kto to robi?- Często zdarzało jej się spotykać zwierzęta w złym stanie, nie raz widziała, że przechodzący ludzie zupełnie je ignorowali, czego ona nie potrafiła zrozumieć.

Elijah Hayes

Obecność : Obecny
Częstotliwość odpisów : 2-5 postów w tygodniu
Liczba postów : 52
Postów fabularnych : 41
Join date : 20/02/2018
avatar
Śnieżynka
Zobacz profil autora
Nie Mar 04, 2018 2:18 pm
  Hayes mógł teraz sięgnąć bez problemu do kieszeni płaszcza i wyjąć z niego portfel oraz zapalniczkę. Nie odezwał się, widząc jak sprzedawca z chwili na chwilę robił się coraz bardziej czerwony. Od niepokoju, przez zdziwienie po szczerą niechęć i wyrażone w gestach oburzenie.
Pani raczy żartować! – obruszył się nie na żarty przed momentem jeszcze miły ekspedient. Dla kogo miły, dla tego miły. Od początku łypał nieprzychylnym wzrokiem na Hayesa i jego czworonogiego kompana. – Państwo żartować raczą, że w moim sklepie coś takiego będą państwo robić! – narzekał, co najmniej tak jakby chcieli mu tego psa na żywo pokroić. Rzeczą niewyobrażalną dla niego było, że ktoś śmiał położyć mu na ladzie brudne łapska jakiegoś zafajdanego pchlarza!
Uzupełni mi pan...? – zaczął blondyn.
Proszę stąd wziąć to brudactwo! – podniósł głos do śmiesznego skrzeku. – I to zaraz, bo wezwę policję!
Elijah prychnął w szczerym rozbawieniu.
Jestem pewien, że przyjadą na sygnale. – powiedział grzebiąc w kieszeni.
  Sprzedawca w tym czasie wypuścił powietrze nosem i przysunął się do psa. Próbował go zepchnąć z lady, ale odsłonięcie zębów i gardłowe warknięcie widocznie odwiodło go od tego pomysłu. Hayes wyciągnął banknot, który przewyższał kwotę za spirytus i napełnienie zapalniczki. Kiedy odpowiednie usługi zostały wykonane i w równowadze dostarczone wymagane wcześniej produkty, Elijah podał Geraldine spirytus i wyciągnął powoli rękę po psa.
Wierzę w reinkarnację. – nie wierzył, ale mimo to uśmiechnął się półgębkiem. Nie wyglądał na kogoś, kto potrafi się ładnie śmiać, a już na pewno nie na osobę, która robi to często. Ktoś kiedyś powiedział mu, że wygląda po prostu głupio. – Lepiej opatrzyć go gdzie indziej, nie sądzisz? – zapytał, dopiero teraz przyglądając się dziewczynie uważniej. Miała pogodną twarz i zapadające w pamięć rysy. Ludzie pewnie z przyjemnością spędzają z nią wolny czas, wykoncypował z ich krótkiej, ale treściwej nie-znajomości. Nie odpowiedział na poprzednie pytania, zaaferowany sprawą ze sprzedawcą. Być może celowo je pominął.


Geraldine McDonald

Obecność : Obecny
Częstotliwość odpisów : 2-5 postów w tygodniu
Liczba postów : 80
Postów fabularnych : 58
Join date : 14/02/2018
avatar
Śnieżynka
Zobacz profil autora http://atlas.forumpolish.com/f34-geraldine-mcdonald
Nie Mar 04, 2018 7:53 pm
Geraldine z początku ignorowała sprzedawcę. Szło jej to całkiem nieźle. Nie dało się nie zauważyć, że facet był coraz bardziej zdenerwowany. Podniosła wzrok i wyjątkowo na jej twarzy nie widać było uśmiechu, lecz irytację. 
- Po cóż się Pan tak burzy? - Ktoś, kto znał Geraldine mógł nie uwierzyć, miała pioruny w oczach, a najchętniej wysłałaby jakieś w stronę mężczyzny. Nie należała ona raczej do osób niemiłych, jednak kiedy w grę wchodziło zdrowie zwierzaków.. wszystko się zmieniało.
- Niech Panu będzie, jeśli jednak psu stanie się krzywda, to pan pożałuje. - Kobieta była wyraźnie zirytowana. Jak on mógł się tak zachować. Przecież wystarczyła chwila moment i byłoby po sprawie. Wyciągnęła z torebki sporą chustę, którą zawiązała zwierzakowi nad łapą. Nie mógł przecież utracić zbyt wiele krwi.
-Wszystko będzie dobrze mały, za to mam nadzieję, że kiedyś ktoś Pana tak potraktuje w potrzebie. Karma wraca. - Chyba ekspedient faktycznie zalazł jej za skórę. Rzadko kiedy była taka niemiła dla innych osób.
- Przy okazji przekażę dalej jak miła obsługa jest w tym sklepie. - Ona raczej nie miała w naturze kłótni, w sumie to nie potrafiła nawet specjalnie obrazić drugiej osoby. Na jej policzkach pojawił się rumieńce, chyba nieco za dużo emocji. Wzięła zwierzaka na ręce i spojrzała na mężczyznę, który przyszedł tutaj z psem. 
- Ta reinkarnacja, to zaprawdę dobry argument, by pomagać naszym zwierzęcym braciom.- Posłała uśmiech nowo-poznanemu mężczyźnie. Miło było widzieć, że niektórym los zwierząt nie był obojętny. W tym przypadku może to była nieco egoistyczna pobudka, ciągle jednak liczył się rezultat, w tym wypadku była to pomoc psu.
- Będziesz musiał nieść go jeszcze kilka przecznic, ewentualnie możesz wziąć mój rower, który rzuciłam przed tym przybytkiem, a ja zajmę się tą biedną psiną. - Zupełnie ignorowała już sprzedawcę. Kilka przecznic stąd znajdowała się jej klinika weterynaryjna. Także może lepszą opcją będzie pójście właśnie tam.
- Na szczęście jest miejsce, do którego możemy się udać, chodź za mną. - Rzekła, po czym udała się w kierunku drzwi, nawet nie spojrzała za siebie, czy mężczyzna idzie za nią. Liczyła na to, że weźmie jej rower, szła szybkim tempem w kierunku swojego gabinetu weterynaryjnego.

Elijah Hayes

Obecność : Obecny
Częstotliwość odpisów : 2-5 postów w tygodniu
Liczba postów : 52
Postów fabularnych : 41
Join date : 20/02/2018
avatar
Śnieżynka
Zobacz profil autora
Nie Mar 04, 2018 11:45 pm
  To było do przewidzenia. Nie wszyscy, szczególnie właściciele zakładów na Miedzianych Alejach, byliby zadowoleni z odwiedzin śmierdzącego kundla i wesołej kompanii, która chciała zrobić dobry uczynek. Ludzie byli po prostu egoistyczni, nawet jeśli kryli się za maskami jakiegoś współczucia czy chwilowej ciepłoty serca. Sam Elijah nie miał się za bohatera sobotniego popołudnia, po prostu jakiś przypadek skrzyżował losy jego, psa i tej dziewczyny. Sprzedawca liczył się tylko przez chwilę, prawdopodobnie spełnił już swoją rolę, może kiedyś przyda się po raz kolejny.
A ja się kiedyś poskarżę na panią! – wyrzekł w pełni swoich racji przekonany.
Grozić mi będzie! Co za tupet! – porwał banknot, w pośpiechu napełnił zapalniczkę gazem, chociaż przeszło mu przez myśl, aby dać blondynowi nową – na odczep się. Różnica nie tylko charakteru, ale i wzrostu oraz postury kazała mu odrobinę spuścić z tonu. Ludzie po cichu, w bezruchu przy półkach i między regałami, przysłuchiwali się całej awanturze, która urosła do stopnia nierozwiązywalnego braku zrozumienia. Część z klientów kręciła głowami, inni szeptali coś między sobą, oburzeni zachowaniem z jednej strony ekspedienta, z drugiej ferajny gotowej uratować życie przybłędy.
Mogę nieść. – powiedział zamykając za Geraldine drzwi. Wypruła ze sklepu jak błyskawica. Nie mylił się co do kolejnych, zauważonych na świeżo cech. Była pełna zapału jeśli na czymś jej zależało. I najwidoczniej zależało jej na życiu bezbronnej istoty. Niewinne, naiwne. Ale również szlachetne.
  Minęła go, tłumacząc wszystko w drodze. Podjęła też decyzję, na temat której jeszcze chwilę temu chciała znać jego zdanie. Dostrzegając rower pokręcił głową, najwyraźniej w lepszym humorze niż po wyjściu z taksówki.
Jesteś lekarzem? – zapytał prowadząc jednoślad. Po jakimś czasie, dotarli do celu.

Z/T x2


Sponsored content


Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Skocz do: