Share
Go down
avatar
Świeża krew

Ophelia F. Addams

on Wto Lut 13, 2018 2:53 pm

Tożsamość: Ophelia Felicity Addams zd. Winchester
Wiek: 29 lipca 217, 36 lat
Przynależność: Ponad głowami
Zajęcie: Pielęgniarstwo
Rozdanie kropek:

  • Wiedza o świecie (medycyna) ΟΟ
  • Spostrzegawczość Ο
  • Charyzma
  • Niezłomność
  • Siła fizyczna
  • Bój (broń palna) Ο
  • Zręczność
  • Kondycja
  • Obsługa sprzętu
  • Manipulacja ΟΟΟ
  • Szczęście
  • Ekspresja
  • Wytwórstwo
  • Myśl przełomu ΟΟ
  • Spryt Ο

Poziom obłąkania: Niepoczytalność

Opis postaci:
Przerażeniem wyjątkowym w swej prostocie napawa mnie myśl, że mógłbym opisać ją jednym słowem, sprowadzić do miana najzwyklejszej prostoty. Ekstrawagancka idea skupienia się jedynie na gardle, pełnym rozpaczliwego, bolesnego piękna, tudzież na geście, w którym odrzucała włosy, niepozbawionym kobiecej, wyuczonej kurtuazji. Każdy fragment Addams był elementarny, a ich pula — wyliczona co do jednego — przedstawiała wyjątkową spójność kompozycji, w której żadny element nie mógł współistnieć bez drugiego. Właśnie ten obraz, uosobienie wyjątkowości, emanował elitaryzmem, wzmiankami w rubrykach towarzyskich, sztucznym światem o zapachu orchidei i pogodnego snobizmu. Jednak gdy do mych uszu dobiegały wzburzone fale jej głosu, pieniące się jak tonik, porzucałem wszelkie osądy.
W jej oczach odbijały się gwiazdy, żywy firmament, błyszczący światłem tysięcy gwiazd. Za każdym razem, gdy spoglądała w niebo, ono odpowiadało jej, odbijając się przejrzystą taflą w tęczówkach. Te zaś, w naturalnym świetle dnia codziennego, mieniły się mieszanką ciepłych barw. Chowały odmęty zieleni, pomieszane z piwną nutą, niekiedy graniczące z ciepłym pigmentem orzecha — gościły liczne plamki, swym ciemnym tonem przechodzące w heban. Membrana powiek opadała powoli, prawie że leniwie, ukazując cieńką niczym pergamin warstwę skóry, pod którą wyraźną linią znaczyła się sieć żyłek oraz wachlarz czarnych, gęstych rzęs.
Twarz usiana piegami w najrozmaitszych miejscach, wpisywała się w ramy niestandardowych przykładów urodliwości. Prosty nos, wysokie kości jarzmowe, nieco opadnięte policzki czyniły z Addams istotą o prezencji nie tyle pięknej, co surowej. Blade usta o kształcie, który ciężko zdefiniować jakimkolwiek określeniem pełni tudzież soczystości, zaciskały się nerwowo w wąską linię, potęgując wieczne niezadowolenie wymalowane na licu. Gęste, czarne brwi stanowiły swoistą oprawę dla oczu, ściągającą multum spojrzeń, niby odbierając możliwość swobodnego skupienia na całokształcie.
Rodzinnym znamieniem odciśniętym na osobie Ophelii okazała się być kaskada czarnych włosów, opadających na ramiona splątaną taflą kosmyków. Niesforność dzieła obecnego na głowie kobiety bynajmniej nie była spowodowana jakimkolwiek brakiem uwagi, ba, linią prawidłowości mogłoby się zarysować śmiałe stwierdzenie, iż prezentuje sobą kontrolowany chaos. Jej impulsywność przejawiała się nawet w kwestii tak prozaicznej, jak wygląd włosów, jednak brak porządku w istocie tak trywialnej okazywał, że umysł jest w stanie popaść w obłęd bez przeciwwagi; Wzrost, który osiągnął miarę stu sześćdziesięciu dziewięciu centymetrów niewątpliwie potęgował odrobinę wątłą figurę. Sylwetka znalazła równowagę w odpowiedniej dawce subtelnego zaokrąglenia ewentualnych kantów, czyniąc Addams kobietą szczupłą, lecz nie chudą.
Sprawiała wrażenie istoty stalowej, niemalże niemożliwej do zagięcia na każdej płaszczyźnie, jednocześnie we wnętrzu pielęgnując rozrastające się korzenie szaleństwa. Przez motłoch postrzegana była jako istnienie nienoszące na swoich barkach ciężaru jakiejkolwiek ekspresji tudzież karbu pętających umysł emocji. Niemożliwa do rozkochania, z równym ciężarem przyjmowała cudzą afekcję do swojego serca. Zachowaj piękno, Ophelio. Piękno statuy.
Nawet teraz, gdy nadszedł czas, abym umościł swoją niszę, czuję krople deszczu uderzające w moją skórę, czyniące ją galaktyką, spadającymi gwiazdami. Nawet w tym momencie, gdy widzę płonącą nić ciągniętą za kometą, wierzę, że na tym firmamencie widnieje Ophelia.

Widmo przeszłości:
Nazwali mnie Ophelią. Konającą przed obliczem miłości topielicą.
Jej narodzin nie zwiastowały elegie skowronków, lecz duszne, lipcowe powietrze, które osiadało parą na ludzkich istnieniach, przytłaczało wszelkie zmysły. Deszcze majowe już dawno przestały odwiedzać miejsca tknięte letnim słońcem, pod którego świetlistymi wstęgami wszechrzecz rozpływała się niczym gęsty, późnowiosenny sok. Ulegnij mi, a wyśpiewam Ci sopranem baśnie, w których życiodajnym sokiem pulsuje każda żyła, tętnią życiem serca lasów, skaliste szczyty pną się ku bramom niebios, a piasek, który przelatuje nam przez palce ma barwę szczerego złota.
Barwne szkiełko, klisza jej dzieciństwa pod dotykiem słońca mieniła się feerią rozmaitości kolorów; drobne pęknięcia, niby żyłki na motylich skrzydłach rozlewały się czernią, czyniąc obraz jej sielskich lat czasami bezpowrotnie spopielonymi, raptem pogorzeliskiem na proscenium pamięci. W rytm paradoksu, najgrubszymi nićmi szyte były wspomnienia najbardziej mgliste, najdalsze jej percepcji, stanowiące raptem deliryczny, iluzoryczny taniec zmysłów. Gdy sięgała pamięcią ku latom znaczonym dżdżystą linią absurdu, zwanym młodością, na jej wargi wstępował subtelny w swojej krasie, wątły uśmiech, wspinając się jak wschód księżyca rozjaśniający łagodnością swojego blasku nocny niebyt, rozlaną czarną, podniebną kawę.
Dzieciństwo nie wiązało ze sobą smaku późnoletniego, gęstego soku spijanego po popołudniowej drzemce. Nie było sierpniowym porankiem, o którym słońce na palcach wdrapuje się po nieboskłonie dążąc do szczytowania; nie było także zimową zawieruchą, w której całokształt zmysłów zamykany jest w gorącym naparze z herbaty; nie było wiosennym podmuchem wiatru, nieodgadnionych zefirem, świeżą bryzą. Świt jej życia przyrównać można było do burego południa, w którym kłęby chmur suną bezdrożnymi szlakami po niebie, a słońce zaś, nieśmiało wychylając się zza gęstwin, omiata ziemskie oblicze owym urągliwym uśmiechem;
Od zawsze stanowiła serce szczerej, niekłamanej afekcji ojca, który znakomitą część rodzicielskiej miłości przelewał na Ophelię, nauczając ją wszystkiego — od prozaiki gry w szachy, po biegłość w interesie bukmacherskim oraz celność w strzelaniu z broni palnej. W rodzinnym domu jednak panował wszechobecny chłód, bezwzględność w nauczaniu niezbędnej kobiecie kurtuazji przez matkę, wszechobecna rywalizacja między rodzeństwem o ojcowskie względy oraz ciążąca, milkliwa cisza, która sprawiała, że Ophelia przybierała rozmaitość masek, a twarz jej, świeża jak przymrozek jesienny, oczy okalające się siecią zmarszczek w kącikach przy jednym ze sztucznych uśmiechów oraz ich wyraz przechodzący od wymuszonego uśmiechu tancerki do cierpkiego chłodu lichwiarza stanowiła pole do wyuczonej gry.
Z czasem coraz częściej zaczęła sobie wyobrażać strzępy ciała odpryskające jak szrapnele od jej szkieletu, a jej umysł, przepełniony czarą wyuczonej nonszalancji i wymaganej od uległej kobiety posiadającej całą paletę znaczeń kultury, zaczął pragnąć ucieczki od codzienności, niezbadanej dotąd wolności. Zaczęła stopniowo — początkowo nieśmiało — osuwać się ze spadzistej krawędzi szaleństwa, przestając kontrolować swoje czyny, nie mogąc opanować panicznego drżenia dłoni, zagłębiając się w mętne wody wewnętrznie pielęgnowanego niczym najbardziej urokliwy z kwiatów obłędu; Wraz z początkiem siedemnastej wiosny została wydana za starszego mężczyznę, którego prezencja, wprost odurzająca sprawiła, iż brnąca ku wolności Ophelia nabrała niewątpliwej pokory i choć nie pragnęła miłości, której ten nie mógł jej ofiarować, zadurzyła się w nim bez granic.
Ten jednak nie ocalił jej od zbierającego swoje poczerniałe plony szaleństwa, które rozgrywało się w duchu kobiety. Ba, wypracował w niej już od mnogości lat kiełkujący masochizm, który uczynił z niej raptem kukłę w dłoniach doskonałego sztukmistrza. Razem z jesienią osiemnastej wiosny urodziła bliźnięta, wobec których nie była w stanie okazać żadnego z uczuć. Zaplątana we własne, prywatne piekło traktowała dziewczę oraz chłopca jako jej osobisty krzyż, który został nałożony na jej ramiona wraz z koroną cierniową zdobiącą skronie.
Lata upływały jej wartkim strumieniem, taflą rzeczną. Zieleń była jedną z nielicznych ostałości lata, które ukazało rozlewając się uporczywą, zdawało by się — niemożliwą do sprania barwą na liściach okolicznych klonów. Lada dzień miały zapłonąć żółtym kolorem, aby po chwili zrzucić z siebie barwne odzienie, które opadając na ziemię, zwodniczo przypominało iskry. Najdrobniejszy zefir rozpoczynał ich deszcz, dopóki ten ostatni liść nie spoczął na ziemi, ku uciesze pałąkonogich staruszek zamiatających chodniki. Przemijanie było pozbawione tej pociągającej, rozpościerającej tanatyczny mrok przygodności przypadku. Kusiło jednoznacznością, odgórną koleją rzeczy, nad którą nic nie miało śmiałości zaważyć.

Koncepcja: Wiedzie życie pani salonów bytującej na szczytach szklanych wieżowców, jest niewątpliwie rozpoznawalna wśród rodzin pociągających za wszelkie sznurki w Polis. We wnętrzu jednak żyje skoncentrowanym szaleństwem, trującym kwiatem pielęgnowanym w duszy niczym najdroższy skarb, z każdym dniem zatapia się coraz bardziej w mętnych wodach świadomości, jednocześnie jej masochizm sprawia, iż niekrycie dąży do kompletnej autodestrukcji. Zachowuje jednak pozory twardej kobiety czynu, surowej istoty, bezwzględnej statuy, jest obojętna na cierpienie ludzkie i gardzi proletariatem.

Wyglądu użycza: Monica Bellucci
Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach